Aleksandra Karzyńska

ALEKSANDRA KARZYŃSKA
wypowiedź z 04.02.2020 (Warszawa)

 

Aktorka. W latach 1965-1966 była koleżanką Mariusza Gorczyńskiego w zespole Teatru Klasycznego w Warszawie.

 

Pamiętam, choć już dość słabo, bo przecież wiele lat minęło, przedstawienie „Ondyna” w reżyserii Ireneusza Kanickiego, którego uważałam za bardzo inteligentnego człowieka, świetnego reżysera i, mówiąc oględnie, nieco gorszego aktora. I pamiętam oczywiście Mariusza Gorczyńskiego. Ale już nie pamiętam, że w tym przedstawieniu grałam także z Nim. Ani tego, że potem zastępstwo w „Ondynie” zrobił za Niego Witold Sadowy. I dopiero teraz dowiaduję się, że Mariusz od tylu lat nie żyje. Ostatnio robiłam sobie w głowie takie wspominki i przeraziłam się ilu kolegów z Teatru Klasycznego i Teatru Studio już zmarło… Staszek Michalik, Staszek Niwiński, mój wieloletni sąsiad Jacek Jarosz, okazuje się, że także Mariusz Gorczyński… Mariusz był moim zdaniem bardzo dobrym aktorem, jednak zapamiętałam Go z nieco innego powodu. No cóż… Prawda jest taka, że zawsze miałam słabość do ładnych chłopaków. Na przykład na planie filmu „Ktokolwiek wie…” Kazimierza Kutza bardzo podobał mi się Edward Lubaszenko, niektórzy twierdzili nawet, że czuć między nami jakieś iskrzenie… Mariusz podobał mi się z tego samego powodu. Był bardzo przystojnym, czarującym, urokliwym i po prostu ładnym chłopcem. Do tego zaś jako mężczyzna był… może nie podrywaczem, ale na pewno uroczym i pełnym wdzięku flirciarzem. Samą zaś „Ondynę”, przedstawienie ze świetną rolą tytułową Joasi Jedlewskiej pamiętam jako dobry spektakl i moją dobrą rolę. Grałam Bertę, postać negatywną, bardzo złą zwłaszcza w stosunku do granej przez Joasię Ondyny. Żałuję, że już tak mało pamiętam z tamtych czasów. Jeszcze bardziej żałuję, że przy okazji dowiaduję się, iż taki uroczy i przystojny kolega jak Mariusz zmarł tak przedwcześnie.
(fot. Rafał Dajbor)