Andrzej Grzybowski

ANDRZEJ GRZYBOWSKI
wypowiedź z 05.08.2008 (Warszawa)

 

Aktor, architekt. Wystąpił z Mariuszem Gorczyńskim w spektaklu Teatru Tv „Drzewa umierają stojąc” (1968) oraz w filmie dokumentalnym „Pani Miecia”. W latach 1966 – 1969 był Jego kolegą w Zespole Mieczysławy Ćwiklińskiej.

 

Mariusz Gorczyński był moim kolegą w podczas objazdu po Polsce z przedstawieniem „Drzewa umierają stojąc”. Był to bardzo fajny facet, koleżeński, sympatyczny, uczynny i miły. Kilka razy byliśmy na jakiejś małej wódce. Mariusz w ogóle lubił sobie wypić, ale gdy pracowaliśmy razem z Panią Miecią nigdy nie wpływało to na Jego pracę na scenie, o ile można to nazwać sceną, bo nieraz występowaliśmy w jakichś salach, które ze sceną teatralną niewiele miały wspólnego. Tym niemniej Mariusz nigdy nie sprawił nam kłopotu pod tym względem. Gdy znany impresario Jan Wojewódka zaprosił nas na objazd po Ameryce Mariusz nie pojechał. Podobno dlatego, że był już wówczas związany z wojskowym zespołem estradowym, co spowodowało, że Amerykanie nie dali mu wizy. Takie wówczas chodziły słuchy, nie wiem, czy prawdziwe. W każdym razie do USA zamiast Mariusza w roli złego wnuka pojechał Wieńczysław Gliński. Nie bardzo potrafię sobie przypomnieć od kiedy Mariusz zaczął z nami grać. Kiedy doszło do tego, że zastąpił Olgierda Jacewicza, który grał złego wnuka od premiery. Tak w ogóle wykonawców tej roli było – o ile sobie przypominam – czterech. Najpierw Olgierd Jacewicz na zmianę z Jerzym Duszyńskim, potem właśnie Mariusz, a na koniec Sławek Gliński. I znów pamięć zawodzi. Jak wspominałem zupełnie nie pamiętam okoliczności, w jakich Mariusz zaczął grać tę rolę. Pamiętam, że gdy zacząłem grać rolę dobrego wnuka po Władysławie Surzyńskim to grał ze mną jeszcze Jacewicz. A potem? Mariusz musiał mieć jakieś próby, ale te fakty zacierają mi się. Podobnie zaciera mi się współpraca z Jerzym Gruzą podczas nagrywania tego spektaklu na potrzeby teatru telewizji. Kojarzę tylko, że Gruza wprowadził pewne zmiany, które miały uczynić spektakl atrakcyjniejszym w wersji ekranowej, w porównaniu do wersji scenicznej. Ale wracając do Gorczyńskiego. Mariusz był człowiekiem skrytym. Podczas kilkuletnich podróży po całej Polsce nie zauważyłem, by z kimkolwiek się specjalnie zbratał. Ze zdziwieniem dowiaduję się, że ukończył łódzką szkołę, że grał w teatrach w Łodzi, że jeździł z Lidią Wysocką i kabaretem „Wagabunda” – tego wszystkiego o Mariuszu nie wiedziałem, On się tym nigdy nie chwalił. Tak samo dziwię się, że niektórzy uważali i wciąż uważają Mariusza za syna wielkiej aktorki – Marii Gorczyńskiej. Oczywiście nazwisko Mariusza było niekiedy powodem żartów w garderobie, na zasadzie: „No, Mariusz, z takim nazwiskiem to ty masz doskonałe wejścia w naszej branży”, ale Mariusz nigdy nie twierdził, że jest z rodziny Gorczyńskiej, a tym bardziej nie szerzył kłamstwa, że jest jej synem. Muszę dodać, że Ćwiklińska nigdy nie miała do Niego żadnych uwag, przyjmowała Go bardzo sympatycznie i tak jak o wielu kolegach słyszałem w objeździe z ust Pani Mieci różne niepochlebne słowa, tak o Mariuszu – nigdy. Jak mówię – niekiedy Mariusz popił sobie, ale nie miało to wpływu na Jego pracę na scenie, tak jak niekiedy zdarzało się innemu wykonawcy roli złego wnuka – Jerzemu Duszyńskiemu. Mariusz był poza tym zupełnie bezkonfliktowy jeśli chodzi o trudne warunki, w jakich niekiedy pracuje się w objeździe. Czasem grało się tak, że garderoby były wygrzane piecykiem typu „koza”, który powodował piekielny upał, a na scenie leżał śnieg nawiany przez wybitą szybę i hulał mróz. Ja w takich sytuacjach chciałem dla zdrowia Pani Mieci odwoływać te przedstawienia, ale Ćwiklińska nie godziła się na to. Chciała grać. Mariusz też przenigdy na to nie narzekał. Był to naprawdę bardzo fajny kolega.
(fot. Marcin Teodorczyk)