Bronisław Cieślak

BRONISŁAW CIEŚLAK
wypowiedź z 23.09.2004 (Hotel Sejmowy, Warszawa)

 

Aktor, dziennikarz. Wystąpił z Mariuszem Gorczyńskim w odcinkach „07 zgłoś się”: „Wisior” (1976), „Strzał na dancingu” (1981), „Skok śmierci” (1984), „Złocisty” (1987).

 

Mariusz Gorczyński należał do tego grona aktorów, do którego jeszcze do niedawna należała zwyciężczyni tegorocznego festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – Krystyna Feldman. Pani Feldman przez lata całe była zwana mistrzynią epizodu. Powiem więcej: jako teatroman i kinoman, doskonale i od dawna znam cały zespół Starego Teatru w Krakowie. Otóż wielkość tego teatru, co podkreślają liczne publikacje, polega nie na tym, czy może nie głównie na tym, że są tam znakomite gwiazdy, ale na tym, że te gwiazdy zawsze błyszczały na fantastycznym tle drugoplanowych aktorów zwanych czasem pogardliwie i niesłusznie „halabardnikami”. Dziś zresztą mamy wysyp „halabardników”, którzy przez długie lata nikomu nie znani, dziś święcą wielkie triumfy. A trzeba wiedzieć, że nie ma dobrego filmu bez soczystego, przykuwającego uwagę i warsztatowo świetnie wykonywanego rzemiosła drugiego planu. I do takiego właśnie typu aktorów należał Mariusz Gorczyński. Mariusz zagrał u nas kilkakrotnie, raz grał jakiegoś łapsa, rzezimieszka, który mówił taką więzienną grypserą, nie wulgarną, ale barwną. Raz był jakimś portierem w kasynie, raz Go przesłuchuję, bardzo ładnie jest tam narysowany stosunek miedzy policjantem, a szemranym, drobnym złodziejaszkiem, stosunek nacechowany – choć może to dziwnie zabrzmieć – pewną sympatią i znajomością reguł wzajemnej gry. Widzę Jego twarz, bardzo charakterystyczną, On miał jedną powiekę nieco cięższą, taki dziwny, „metalizowany” wzrok. Serial „07 zgłoś się” rozgrywa się na ulicach współczesnej Warszawy i o jego klimacie decydowali nie Cieślak i Kozień w głównych rolach, ale właśnie cała ta galeria typów na drugim planie. Nie była to może jakaś wielka zażyłość, myśmy się w gruncie rzeczy spotykali głównie na planie, ale jednak od czasu do czasu, bo wtedy jeszcze działał warszawski SPATiF, spotykaliśmy się po pracy na jakieś piwo, albo gorzałkę, wpadał również Mariusz, więc i prywatnie myśmy tam przegadali wiele godzin. Aktorstwo bywa Sztuką przez wielkie S, a na ogół jest to po prostu fach, rzemiosło, zawód. Mariusz był doskonałym zawodowcem i bardzo kontaktowym partnerem. Nie wiem kim był w młodości, z jakiego wyrósł środowiska, natomiast te epizody, które zagrał u nas w serialu pozwalają mi domniemywać, że albo miał to w swym prywatnym, życiowym doświadczeniu zaliczone, albo umiał to zrobić na podstawie obserwacji, w każdym razie był bardzo wiarygodny w tej „warsiawskiej”, szemranej gwarze, robił to perfekcyjnie. Na koniec muszę dopowiedzieć, że Mariusz należał do tego typu aktorów z których nie emanował żaden kompleks epizodysty. Są aktorzy niezwykle pod tym względem czuli, czuje się u nich jakąś gorycz niespełnienia, że niby lata lecą, a oni nigdy nic wielkiego nie zagrali. Niczego takiego w Mariuszu nie było i zapewne dlatego był człowiekiem tak powszechnie lubianym w branży filmowej. Był wcieleniem bezpretensjonalnej, bezzawistnej, bardzo miłej i sympatycznej postawy wobec życia i swego zawodu.
(fot. Rafał Dajbor)