Jerzy Gruza

JERZY GRUZA
wypowiedź z 16.11.2004 (kawiarnia „Czytelnik”, Warszawa)

 

Reżyser. Reżyserował spektakl Teatru Tv „Drzewa umierają stojąc” (1968), i film „Motylem jestem, czyli romans 40-latka” (1976) z udziałem Mariusza Gorczyńskiego. Współpracował z Mariuszem Gorczyńskim także na deskach Teatru Syrena.

 

To był typowy aktor epizodu. Miał urodę trochę niepolską, więc było mu dość trudno, miał jakby coś z Włocha, południowca. Gdyby wtedy istniało takie kino jak dzisiaj, sensacyjne, gangsterskie, trochę z półświatka, z marginesu społecznego, to Gorczyński miałby bardzo duże powodzenie; miał typ urody „nie z tej ziemi” i był bardzo był wyrazisty. Zetknąłem się z Nim gdy grywał na estradach oraz w kabarecie „Wagabunda”, tam poznałem Go trochę prywatnie. Potem widziałem Go w spektaklu „Drzewa umierają stojąc” gdzie zagrał wnuczka wprost fantastycznie. Była w Nim i miłość do babki, i jednocześnie podłość, i niefrasobliwość, i wykorzystywanie tej starszej pani. To wszystko mieściło się w Jego typie, który On reprezentował jako aktor. Było to interesujące i szalenie prawdziwe, był jakoś tak wyjątkowo wpasowany w tamtą postać. Nie mogłem sobie wyobrazić innego aktora w tej roli. Kręciliśmy to dla telewizji w bardzo ciężkich warunkach, Ćwiklińska była już wtedy chora i niedołężna, ale nadal fantastyczna. W związku z Jego występami estradowymi, bo On jeździł na liczne chałtury, żył z tego, był typowym estradowcem, „objazdowiczem” zaangażowałem Go do filmu „Motylem jestem…” w którym inżynier Karwowski styka się ze światem objazdowych zespołów estradowych. Gorczyński tam znakomicie się nadawał, sprawdzał, był niejako u siebie. Trochę ten wątek potem przycinałem, ale i tak pozostał. Gorczyński tam zaistniał i zagrał bardzo wyraziście i prawdziwie, bo znał to środowisko z własnego doświadczenia. Potem chodziły o Nim jakieś słuchy, dosyć przykre, zdaje się, że był tam alkoholizm, nie śledziłem tego specjalnie ale wiem, że w związku z tym dość młodo zmarł. Te objazdowe zespoły, w których Gorczyński tak często występował… Trzeba było mieć dużo silnej woli w prowadzeniu takiego życia, by nie popaść w uzależnienie. Jak ktoś sobie pozwolił na picie, to to już dalej szło, bo człowiek wychodził po koncercie zmęczony, restauracja, hotel… Trzeba było się napić by odreagować, zrzucić z siebie to wszystko. To jest tragiczna strona tych objazdowych występów, nieliczni tylko nie ulegają pokusom, bo to nie jest tak, że jak artysta to musi pić i się bawić, tylko naprawdę trzeba odreagować całe napięcie i zmęczenie. Łatwo przeradza się to w nałóg, a za tym idą inne choroby, niesprawność.… Gorczyński nigdy nie miał kompleksu aktora epizodycznego, On zakreślił sobie pewien krąg swojej działalności aktorskiej. Było kilku takich aktorów, którzy byli bardzo przydatni nie w zakresie głównych ról, ale właśnie w graniu krwistego epizodu. To byli charakterystyczni aktorzy, którzy rewelacyjnie się w tych małych, wyrazistych rolach sprawdzali i Gorczyński do nich właśnie należał. Umiał być skromny i wiedział w czym jest dobry i co leży w zakresie Jego aktorskich możliwości.
(fot. Rafał Dajbor)