Jerzy Złotnicki

JERZY ZŁOTNICKI
wypowiedź z 12.04.2016 (restauracja „Harenda”, Warszawa)

 

Aktor. Wystąpił z Mariuszem Gorczyńskim w filmie „Generał Berling” (1988) oraz w przedstawieniach Teatru Telewizji: „Jałta 1945” (1985) i „Tajny więzień stanu” (1989). W 1962 roku był Jego kolegą w zespole Teatru 7.15 w Łodzi.

 

            Znałem Mariusza przez wiele lat, a poznaliśmy się w Łodzi, w Teatrze 7.15, do którego zaangażowałem się w czasie, gdy Mariusz Gorczyński właśnie z niego odchodził. W ogóle mieliśmy z Mariuszem szczęście do mijania się. Tak było w 7.15, a także w kabarecie Wagabunda i w Teatrze Syrena w Warszawie. Gdy ja się gdzieś angażowałem, to Mariusz właśnie szedł gdzie indziej, albo odwrotnie – kiedy Mariusz gdzieś zaczynał pracę, to ja chwilę wcześniej odchodziłem. Tak było w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, natomiast w latach osiemdziesiątych wreszcie miałem kilkakrotnie okazję pracować z Mariuszem na planach filmowych i telewizyjnych. Tak się akurat złożyło, że graliśmy u reżyserów, których wielu kolegów bojkotowało, ale choć i ja, i Mariusz byliśmy członkami „Solidarności”, uznawaliśmy, że polityka to nie nasza rzecz i nie ocenialiśmy scenariuszy pod tym względem. Do filmu szło się, żeby zarobić i tyle. Na planie „Zamachu stanu” raz ofuknąłem nawet Ryśka Filipskiego (nota bene – prywatnie mojego serdecznego kolegę jeszcze z krakowskiej szkoły teatralnej), gdy zaczął mi coś tam politycznie bzdurzyć. Podobnie zresztą obaj z Mariuszem traktowaliśmy Porębę, uważając, że to głupie, by dobry filmowiec wdawał się w jakieś polityczne idiotyzmy. Wracając do Mariusza – był to świetny facet, fantastyczny, znakomity kolega, otwarty, serdeczny i przyjacielski. Spędziłem z Nim niejedną chwilę na pogaduchach w SPATiFach – łódzkim i warszawskim. Pamiętam, że jeszcze w Łodzi nazywany był w środowisku „Gorczyną”, albo „Maniusiem”. Był typem człowieka, o którym mawia się, że jest „do wybitki i do wypitki”. Wiem, że niestety bardzo ciągnęło Go w kierunku tego drugiego… Wspominam Go bardzo przyjemnie, zwłaszcza z planów filmowych. Pracowało się wtedy tak, że robota aktora filmowego polegała głównie na siedzeniu i czekaniu. Tak też spędziliśmy z Maniusiem niejedną chwilę czekając na swoje ujęcia i snując rozmaite opowieści, wspomnienia. Miałem też z Mariuszem śmieszną przygodę, nazwijmy to, gastronomiczną. Przyjechałem z Kabaretem Wagabunda do Poznania, a Gorczyna był tam akurat z zespołem Mieczysławy Ćwiklińskiej. Spotkaliśmy się z rana w barze mlecznym w kolejce nieopodal hotelu. Mariusz stał akurat przede mną w kolejce. A w tym barze ta babka przyjmująca zamówienia miała taki malutki interkom z „heblem”, służącym do tego, by jej głos był słyszalny w kuchni. Jak przesunęła tę dźwigienkę, kucharki ją słyszały. Kolejka dochodzi do Maniusia i Maniuś zamawia leniwe. „Raz leniweeee” – powiedziała do interkomu babka. Na co Maniek mówi do niej „oj przepraszam pomyliłem się”. A ona na to znów „pstryk” tym swoim heblem i mówi „wstrzymać leniwe, klient się waha”. Słysząc to – po prostu umarliśmy ze śmiechu.

(fot. Rafał Dajbor)