Leonard Pietraszak

LEONARD PIETRASZAK
wypowiedź z 14.04.2009 (Teatr Ateneum, Warszawa)

 

Aktor. Wystąpił z Mariuszem Gorczyńskim w filmie „Komedianty” (1961) oraz spektaklu teatru tv „Sobota wieczorem – niedziela rano” (1978). Był Jego kolegą na wydziale aktorskim łódzkiej PWST. W latach 1965 – 1966 był Jego kolegą w zespole Teatru Klasycznego.

 

Mariusz Gorczyński skończył jeszcze PWST, to był ostatni rocznik który przed fuzją ze szkołą filmową skończył tę szkołę, bo w 1958 roku, gdy ja byłem na roku trzecim powstała PWSTiF. Mariusza pamiętam nawet z moich egzaminów wstępnych do szkoły. Na moim egzaminie wstępnym Mariusz był już na trzecim roku i asystował podczas egzaminów pani profesor Janinie Mieczyńskiej. Był bardzo poważny, dostojny, bardzo dorosły jak na szkołę. Był wybijającą się osobowością. Zawsze elegancko ubrany, zwłaszcza jak na zgrzebne warunki PRLu lat pięćdziesiątych. Jak już dostałem się do szkoły natychmiast zobaczyłem, że obowiązuje duża gradacja poszczególnych roczników. Jak ktoś był na trzecim roku, a myśmy byli na pierwszym to oni ewidentnie mieli nas w takim nieco lekceważącym stosunku. Oczywiście w trakcie studiów już się to nieco zacierało, bo jednak szkoła była czymś wspaniałym. Życie towarzyskie kwitło w hallu uczelni, ze szkoły się nie wychodziło nawet jak nie było zajęć, jak się rano przyjechało z akademika to się już siedziało do wieczora. Z Mariuszem miałem bardzo sympatyczne stosunki, można powiedzieć, że mnie wyróżniał spośród tego młodszego rocznika. Uchodził w szkole za bardzo utalentowanego. Wydawało się, że jak skończy, to zrobi wielką karierę. Ale jak głosi zasada, jak się komuś tak nadzwyczajnie w szkole dzieje to potem niestety ma trudności i odwrotnie: jak kogoś tylko właściwie przypadkiem ze szkoły nie wyrzucono to później jakoś ładnie rozkwita, rozwija się. Ze szkoły wszyscy wychodzą na równych prawach, a potem decydują okoliczności: gdzie się młody aktor zaangażuje, w jakim towarzystwie się obraca, kto się nim opiekuje, jakie role zagra i tak dalej. Długo myślałem, że on od razu zaangażował się do Warszawy, bo pan rektor Chaberski połowę Jego rocznika wziął do Warszawy, kto chciał od razu zaangażował się do Teatru Klasycznego. A Mariusz najpierw został w Łodzi. Tu muszę powiedzieć, że kiedyś Mariusz w tym właśnie swoim początkowym okresie mnie zachwycił. Do Polski przyjechał w latach pięćdziesiątych słynny, rewelacyjny rosyjski teatr Obrazcowa. I Mariusz w jednym z telewizyjnych programów Gruzy wykonał parodię konferansjera – marionetki z tego teatru. Sparafrazował tego konferansjera; zrobił sobie z tego numer estradowy, znakomity! Potem spotkaliśmy się w Teatrze Klasycznym u Kanickiego. Wiadomo, że dla aktorów spoza Warszawy i to jeszcze nie będących po stołecznej szkole początki w Warszawie są koszmarne. Była wyraźna dyskryminacja ludzi po łódzkiej szkole w Warszawie, jest nas niewielu coś znaczących w warszawskich teatrach. Pamiętam, że ponieważ na początku robiliśmy z Mariuszem bardzo niewielkie zadania w tym teatrze, planowaliśmy założyć sobie jakiś wokalny kwartet, Mariusz, ja i jeszcze jakichś dwóch kolegów, nie pamiętam już kto. Nic z tego nie wyszło.

 

Pamiętam, że w szkole jak mieliśmy przysposobienie wojskowe obejmujące wszystkie szkoły artystyczne, a więc szkoły aktorską, filmową, plastyczną i muzyczną, kierownikiem tego studium wojskowego był pewien major, od niego wszystko zależało, czy ktoś skończy studia, czy nie, takie ważne wówczas było to wojsko. Nie pamiętam już, czy znam tę historię ze słyszenia, czy też opowiadał mi to sam Gorczyński, w każdym razie w pewnym momencie Mariusz miał sympatię czy też już narzeczoną, która była nauczycielką w wieczorowej szkole do której chodził nasz kierownik studium wojskowego, ten major. Proszę sobie wyobrazić – ten człowiek prowadził przysposobienie obronne dla wyższych uczelni, a sam kończył szkołę na poziomie dzisiejszego gimnazjum. Mówiło się, że Mariusz miał u niego nadzwyczajne fory, ponieważ on przychodził i mówił do Mariusza tak: „słuchajcie, Gorczyński, miałem dziś bardzo dużo zajęć a wieczorem mam szkołę, zadzwońcie do narzeczonej, żeby mnie nie pytała”. Był więc Mariusz bardzo ważną personą na przysposobieniu wojskowym. Dyplom robił w 1958 roku, w „Sprytnej wdówce” Goldoniego. Grał Arlekina nadzwyczajnie, do dziś dnia mam w oczach tę Jego rolę, to tym bardziej zresztą potwierdzało wcześniejsze związane z Nim nadzieje. Ale jakoś to wszystko nie wyszło. Mówiło się, że wódka Go zniszczyła, nie wiem, pewnie, że lubił, chodziliśmy czasem nawet razem na wódkę, także w czasach pracy w Teatrze Klasycznym, Maniek Opania, Mariusz i ja, ale żeby pił jakoś szczególnie zagorzale, że tak powiem, to nie pamiętam. Nie wiem, czy dobrym pomysłem było zaangażowanie się do Syreny, może nie miał innych możliwości angażu, ale wydaje mi się, że ten teatr nie był dla niego zbyt szczęśliwy. Chociaż z drugiej strony pamiętam, jak kiedyś zupełnie przypadkiem spotkałem Mariusza gdzieś na rogu Marszałkowskiej i Litewskiej i opowiadał mi, że jest zadowolony, że dużo gra, że ma wyjazdy ze spektaklami. Pamiętam Go z filmu Kaniewskiej „Komedianty”, to były jeszcze lata sześćdziesiąte w Łodzi, grał jednego z tych aktorusów, ja sam w tym filmie zagrałem, ale nie mieliśmy wspólnych scen. Zresztą w ogóle Kaniewska bardzo Mariusza lubiła, podobnie jak i inne wykładowczynie i w ogóle kobiety, On miał wielki wdzięk, powodzenie u kobiet. Pamiętam też, że był przy tym skryty. Nikt nigdy nie wiedział jakimi sprawami Mariusz żyje na co dzień, gdzie mieszka, czy ma rodzinę. Jakoś zupełnie nie pamiętam Mariusza z „Sobota wieczorem – niedziela rano”, pamiętam natomiast, że kręcąc te zdjęcia na działkach przy Sobieskiego o mały włos nie wpadłem pod samochód. Być może spotkaliśmy się na planie „Prawdziwego końca wielkiej wojny” Kawalerowicza. Na planie tego filmu było mnóstwo studentów łódzkiej szkoły. Widziałem też kiedyś jego dowód osobisty, zapamiętałem, że tak naprawdę miał na imię Marian, imię Mariusz przybrał sobie bo mu ładniej brzmiało, był oczywiście leciutko próżny, jak każdy z aktorów. No i pamiętam także, że zanim skończył studia ukończył szkołę średnią dla instruktorów teatrów niezawodowych w Bydgoszczy. A potem nagle gdzieś zupełnie zniknął mi z oczu, dużo później dowiedziałem się że nie żyje, nie pamiętam ani jednej wiadomości o śmierci Mariusza, ani jednego nekrologu.

(fot. Rafał Dajbor)