Michał Szewczyk

MICHAŁ SZEWCZYK
wypowiedź z 18.06.2007 (Łódź)

 

Aktor. Wystąpił z Mariuszem Gorczyńskim w filmach: „Koniec nocy” (1956), „Król Maciuś I” (1957), „Westerplatte” (1967), w serialu „Przyjaciele” (1979) oraz w etiudach szkolnych: „Historia niezbyt liryczna”(1961) i „Moja muza” (1962). Był Jego kolegą na wydziale aktorskim łódzkiej PWST.

 

Byliśmy kolegami z roku podczas studiów aktorskich. Bardzo zbliżyliśmy się wówczas do siebie. Nie wiem tak do końca, czy nazwałbym Mariusza moim przyjacielem, ale z całą pewnością był dla mnie kimś więcej, dużo więcej niż tylko kolegą. Ja wtedy – i to już od samego początku studiów – bardzo dużo grałem w filmach. Miałem z tego powodu niekiedy niemiłe komentarze wśród koleżanek i kolegów studentów, że niby nie można próbować, bo Michał ciągle na planie zajęty. W mojej obronie stawały wówczas zawsze dwie osoby – Jerzy Januszewicz i właśnie Mariusz. Z tym, że Jurek tak bardziej mentalnie, a Mariusz już konkretnie, odważnie i głośno. Jako student zapowiadał się wspaniale, jako niesamowity talent, wręcz aktorski samorodek, taki, co to może zagrać wszystko, od krowy do Hamleta. Jego ówczesne warunki fizyczne predestynowały Go wręcz do ról amantów. Wszystko Mariuszowi jakoś tak łatwo szło i chyba dlatego jakby przestał się starać, przykładać się do tej roboty. Myślę, że z tego powodu przestano Go z czasem postrzegać jako potencjalnego wykonawcę głównych ról. Zawsze potrafił być koleżeński i umiał się cudownie bawić. Jedna tylko rzecz w Jego rozrywkowym charakterze była dla mnie nie do zaakceptowania. Po wypiciu wódki zaczynał szarżować. Przeskakiwał z balkonu na balkon, zawisał na rękach na parapecie po drugiej stronie okna… Opowiem o jednym z takich numerów: było to w domu na czwartym piętrze w starym łódzkim budownictwie, czyli na dzisiaj – powiedzmy – wysokość szóstego piętra. Bankiecik odbywał się w mieszkaniu u Andrzeja Herdera i jego żony. Wchodzę i słyszę: „no to zdrowie”. Słyszę głos Mariusza, ale Go nie widzę! A On zwisa sobie na łokciach na śliskim parapecie i do tego trzyma w ręce kieliszek! Oczami wyobraźni widziałem Go już roztrzaskanego o beton podwórza. Przeżyłem to strasznie. Na moich zaręczynach tak zdenerwował mnie wygłupami na balkonie, że nie wytrzymałem i przylałem Mu, żeby się uspokoił. Mariusz uwielbiał robić sobie kpiny z milicjantów. Polegało to na tym, że gdy widział nadchodzący patrol natychmiast rozglądał się nerwowo i przebiegał jakiś kawałek, a potem stawał z wzrokiem utkwionym w witrynie sklepu. Milicjanci – nie oszukujmy się, ludzie na granicy niedorozwoju – reagowali natychmiast. Lecieli za Nim i gdy Go dopadli pytali: „Dlaczego pan uciekał przed nami?”. A Mariusz patrzył na nich niewinnie tymi swoimi czarnymi ślepiami i mówił: „Ja uciekałem? Tak tylko sobie biegłem”. „Dobrze widzieliśmy, że pan uciekał” – brzmiała na ogół odpowiedź. No i się zaczynało. Najpierw oczywiście prosili o dowód. Mariusz dawał. A potem pytania typu co pan robi, gdzie studiuje… Mariuszek przedłużał to w nieskończoność. Gdy wreszcie wychodziło, że to student aktorstwa dopiero wówczas milicjanci orientowali się, że z nich zakpiono. Mariusz to uwielbiał, wykonywał ten numer dziesiątki razy, co z czasem nas denerwowało, bo wstrzymywało nas, gdy szliśmy gdzieś grupą. Ale jeden z Jego numerów z milicją mógł Go już kosztować kilka lat pudła. W teatrze „7.15” grana była „Kariera Nikodema Dyzmy”. Mariusz grał pułkownika, uszyto Mu wspaniały mundur. No i Mariusz po którymś z przedstawień nie zdjął tego kostiumu, i już trochę podchmielony – bo sobie nieco podczas spektaklu wypił – wyszedł w tym mundurze na miasto. Milicjanci Go zobaczyli, ale nie rozpoznali, że to przedwojenny mundur. Rozpoznali natomiast dystynkcje pułkownika i zapytali, czy w czymś Mu pomóc. A On powiedział, że owszem, bo musi zawieźć kwiaty dla swej „skóry” (Mariusz swe dziewczyny nazywał właśnie „skórami”), więc poprosił, żeby Go podrzucić do kwiaciarni. Potem kazał się zawieźć do owej „skóry”. I tak się z nimi bawił, kazał im pojechać do SPATiFu, i tak dalej. Gdy milicjanci zameldowali wreszcie o całej sprawie swym przełożonym, ci zorientowali się że coś tu nie gra i zawezwali żandarmerię. Ale najwyższy szarżą w łódzkiej żandarmerii był major, a major jak wiadomo nie ma prawa aresztować pułkownika. A nie było do końca pewności, czy to „przebieraniec” czy prawdziwy pułkownik. Trzeba było ściągać pułkownika żandarmerii z innego miasta. To już była poważna sprawa, Mariuszowi groziło więzienie za obrazę munduru, wprowadzenie w błąd stróżów prawa, bezprawne użytkowanie milicyjnego mienia no i oczywiście za naubliżanie milicjantom podczas zatrzymania… PRL nie lubił żartów z siebie. Na szczęście w owym czasie „najwyższą władzą” w Łodzi, czyli pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR była niejaka pani Tatarkówna, osoba, która nie przepuściła żadnej nowej premiery, zakochana w teatrze i aktorach. Uruchomiła całą swą przemyślność i wybroniła Mariusza od jakichkolwiek konsekwencji, ale kazała Mu przyrzec i to pisemnie, że żadna podobna sytuacja nie będzie już miała miejsca. Pamiętam też, że Mariusza bardzo lubił i cenił Romek Polański, który choć studiował reżyserię miał olbrzymie ciągoty do aktorstwa. Był taki moment podczas naszych studiów, że nie mieliśmy za wiele do roboty i wtedy Romek zajmujący pięćdziesięciometrowe mieszkanie przy Narutowicza wymyślił, że stworzymy własny, trzyosobowy teatr właśnie w tym mieszkaniu. My, to znaczy Romek, Mariusz i ja. Pomysł pozostał oczywiście tylko w sferze planów. Gdy kilka lat temu Roman przyjechał do Polski, spotkaliśmy się i gadaliśmy o dawnych szkolnych czasach. Już na samym początku rozmowy Romek zapytał mnie co się dzieje z tym czarnowłosym chłopakiem który grał z nami w „Końcu nocy”. Nie pamiętał Jego nazwiska, jednak Jego samego pamiętał doskonale i bardzo się zmartwił gdy mu powiedziałem, że od kilku lat nie ma Go już wśród nas. Mariusz miał być świadkiem na moim ślubie, ale ostatecznie świadkiem był Andrzej Herder, a Mariuszek sprawował inną funkcję. Mianowicie robił zdjęcia. Przyszedł na uroczystość ubrany w biały garnitur. Trzeba to było widzieć, jak On – smagły brunet – prezentował się w takim stroju! Kilka osób pytało nas nawet po uroczystości kim jest nasz znajomy z Argentyny który robił zdjęcia… Skutek był taki, że ja i moja narzeczona, a już za chwilę żona – jak by nie patrzeć główni bohaterowie tej uroczystości – zeszliśmy w ogóle na drugi plan. Wszyscy gapili się tylko na Mariusza i byli tak urzeczeni, że nie zwrócili nawet uwagi jakim sprzętem On fotografował. A był aparat marki „Druh”, nawet w tamtych latach najmarniejszy sprzęt jaki tylko można sobie wyobrazić! Opowiadano mi też inną o Nim anegdotę związaną z Emilem Chaberskim, opiekunem naszego roku. Gdy kończyliśmy studia Chaberski został dyrektorem Teatru Klasycznego w Warszawie i zabrał ze sobą cały nasz rocznik, poza mną. Ja z własnej woli pozostałem w Łodzi. Ponoć kiedyś Chaberski ujrzawszy Mariusza w teatrze powiedział: „Ja pana skądś znam”. „Tak, był pan opiekunem mego roku w Łodzi” – odparł Mariusz. „Aaa, świetnie, to przyjdź do mnie, chętnie cię zaangażuję” odrzekł Chaberski. „Ależ panie dyrektorze, ja tu już u pana pracuję”. „Aaa, świetnie, świetnie” powiedział Chaberski i poszedł. Opowiadano mi tę anegdotę przedstawiając właśnie Mariusza jako jej bohatera, ale nie mogę mieć pewności czy dotyczyło to Jego czy kogoś innego z naszego rocznika. Potem nasze drogi się rozeszły, bo jak wspomniałem zostałem w Łodzi, a Mariusz wyjechał do Warszawy. Docierały do mnie różne głosy o Nim. Wiedziałem, że grał z Ćwiklińską w słynnym przedstawieniu „Drzewa umierają stojąc”, że reżyserował w warszawskiej restauracji „Kongresowa” jakieś estradowe programy, niektóre nawet ze striptizem. No i że niestety sporo pił… Potem dowiedziałem się, że przegrał walkę z nałogiem, że alkohol zniszczył Go i ostatecznie zabił. Muszę tylko dodać, jeśli już o tym mowa, że podczas studiów nic tego nie zapowiadało. Mariusz pił, ale nie więcej niż wszyscy inni studenci. Jeszcze jedna rzecz, którą zapamiętałem: gdy Mariusz dowiedział się, że komuś coś dolega, że ktoś cierpi, że coś złego się dzieje, był zawsze pierwszy by temu zaradzić, pomóc jakoś, ratować. Nie żałował na to czasu i sił. To był fantastyczny kumpel.
(fot. pl.wikipedia.org)