Włodzimierz Nowak

WŁODZIMIERZ NOWAK
wypowiedź z 16.02.2018 (Dom Aktora-Weterana, Konstancin-Jeziorna) 

 

Aktor. Wystąpił z Mariuszem Gorczyńskim w programie telewizyjnym „Mała Antologia Kabaretu (1978), współpracował z Nim także podczas imprez estradowych.

 

            Zapamiętałem Mariusza jako aktora łódzkiego Teatru 7.15 z czasów, gdy byłem studentem szkoły teatralnej, albo nawet jeszcze uczniem liceum. Był to teatr o charakterze rozrywkowym, w którym czasami grywali gościnnie wspaniali aktorzy. Pamiętam, że zwróciłem wtedy na Mariusza Gorczyńskiego uwagę, jako na młodego, kędzierzawego bruneta, niezwykle zdolnego aktorsko i bardzo dobrze śpiewającego. Potem spotkaliśmy się w Warszawie, pod koniec lat sześćdziesiątych w przedsięwzięciu artystycznym, które nosiło tytuł „Nasza jest noc” lub „Taka noc nie powtórzy się więcej”, bo w użyciu były dwa tytuły. Było to przedstawienie muzyczne, sfabularyzowane przez piszących pod pseudonimem „Kasper Stefanowicz” Stefana Bratkowskiego (tak tak, tego!), Irmę Czaykowską i Michała Kasperowicza, który był wtedy kierownikiem literackim teatru im. Bogusławskiego w Kaliszu. Scenariusz powstał właśnie w Kaliszu, w tamtejszym Domu Aktora, gdzie ci troje porozkładali na podłodze nuty najlepszych przedwojennych autorów (Warsa, Petersburskiego, etc.), teksty tak znane, jak „Ja się boję sama spać”, „Święty Antoni”, „Skrwawione serce”, „Ta ostatnia niedziela” czy „Całuję twoją dłoń, madame” i ułożyli z tego wszystkiego fabularny spektakl. Wystawienie go w Warszawie sfinansowała, żeby było ciekawiej, Białostocka Estrada, bo spektakl był dość drogi ze względu na niemałą obsadę, udział orkiestry pod dyrekcją Romana Czubatego i konieczność uszycia przedwojennych kostiumów. Niektóre role były dublowane, moja akurat nie, grałem arystokratę rosyjskiego imieniem Wańka, który rzucony przez wiatr historii na bruk, został fordanserem w nocnym lokalu. Graliśmy ten spektakl w Teatrze Komedia, ale nie było to przedstawienie należące do jego repertuaru, graliśmy je bowiem podczas urlopu, w sierpniu 1969 roku, czasem dwa, a czasem nawet trzy razy dziennie. Takich kolejek do teatru przedtem ani potem nie widziałem, nawet gdy przez 20 lat pracowałem jako amerykański impresario sprowadzając do USA i Kanady najlepszych polskich artystów, z Tadeuszem Łomnickim włącznie. Ogonek zaczynał się w kasie teatru na Sierpeckiej, a kończył już na ulicy Słowackiego. Prawdziwym celem powołania tego spektaklu do życia był jego wyjazd do Stanów Zjednoczonych i występy dla Polonii. Nigdy nie doszło to do skutku, bo przedstawienie okazało się po prostu za drogie do sfinansowania jego podróży za ocean. Impresario, który to planował, Henryk Michalski, konkurent Jana Wojewódki (mojego przyjaciela i mistrza, który umarł na moich rękach w 1990 roku) rakiem się z tego wycofał. Jeszcze jedna ciekawostka – spektakle podczas wakacji 1969 roku odbywaliśmy w Teatrze Komedia, ale próby – w starym budynku Teatru Żydowskiego, który był już wtedy ohydnym, zakurzonym barakiem stojącym tam, gdzie obecnie stoi Hotel Victoria. Pamiętam, że Szymon Szurmiej przychodził czasem na nasze próby i podglądał, co my tam robimy. Przedstawienie wyreżyserowała Irma Czaykowska, znakomita wręcz do tego rodzaju widowiska, bo wspaniale umiejąca ustawić aktorom interpretację piosenki. Mariusz Gorczyński grał postać pucybuta, z tym, że zagrał ją nie we wszystkich przedstawieniach, a zaledwie w kilku, jako że postać ta była dublowana jeszcze przez Andrzeja Herdera i Zbigniewa Płoszaja, aktorów, którzy tak samo jak i Mariusz Gorczyński występowali w teatrach łódzkich. Poza tym grali m.in. Wanda Polańska, wielka diva operetki i opery, która oczywiście miała w tym spektaklu swój popis, aktor Teatru Narodowego Józef Łotysz, a także Tadeusz Cygler, Andrzej Stockinger, Saturnin Żórawski, Agnieszka Fitkau, Irena Kownas, Benigna Sojecka oraz moja żona Halina Kowalska. No i ja. Z racji tego, że do Ameryki nie pojechaliśmy, a w spektaklu grali koledzy z różnych teatrów – po wakacjach spektakl umarł „śmiercią naturalną”. Następne moje spotkanie z Mariuszem Gorczyńskim miało miejsce w Telewizji Polskiej, podczas realizacji „Małej Antologii Kabaretu” w reżyserii Kazimierza Krukowskiego, jednak to moje spotkanie z Mariuszem mniej pamiętam i gorzej wspominam, ale nie z powodu Mariusza, tylko dlatego, że niespecjalnie mnie to wszystko zachwycało w sensie artystycznym. Lopek Krukowski był świetnym aktorem, ale reżyserem, zwłaszcza telewizyjnym, bardzo niedoświadczonym, w związku z czym graliśmy u niego trochę na zasadzie „ratuj się kto może”. Robiłem przedtem i potem bardzo dużo w teatrze, telewizji i na estradzie, więc nie ukrywam, że „Mała Antologia Kabaretu” niemal wypadła mi z pamięci.
(fot. Rafał Dajbor)