Zdzisław Bene Rychter

ZDZISŁAW BENE RYCHTER
e-mail z 22.04.2008

 

Aktor. Wystąpił z Mariuszem Gorczyńskim w filmie „Generał Berling” (1988), w odcinku serialu „07 zgłoś się”: „Złocisty” (1987) oraz w telewizyjnym programie rozrywkowym „Powróćmy jak za dawnych lat” (1989).

 

Jak wyłuskać z dziesiątków, ba setek epizodów jakiś kawałek w dodatku z konkretnym człowiekiem? Można by powiedzieć, że z tych duperel – duperelnie się takowe zapamiętuje. A jeżeli już to wcale nie po „filmowemu”: tytuł filmu, konkretną scenę czy nazwisko partnera. Prędzej są to na pozór nie związane z filmowym dziełem jakieś drobiazgi… zapach siana pod rozgwieżdżonym niebem bieszczadzkich połonin, kiedy po nocy odprowadzaliśmy z kaskaderami konie (też filmowi aktorzy) do stadniny – a jak się mój nazywał? Fiury, Bonifacy czy inny Gniady? Smak przesłodzonej herbaty wlanej do butelki po winie i udającej alpagę – co to było? Truskawkowe, Arizona czy inne J-23? Twardość więziennej pryczy i ohydnie zeszmacone, krochmalone spermą prześcieradło na Rakowieckiej, bo miało być w najprawdziwszych wnętrzach – jak nazywał się osadzony na którego pryczy miałem „honor” zalegiwać? Kaszana, Baleron czy inny Rympał? Czy kundelka który – gdy leżałem skuty kajdankami na plecach w łaskoczącej trawie pojawił się nagle nie wiadomo skąd podczas ujęcia i obszczał mi buty. Jak się wabił? Fafik, Ryjek, a może Znajda?
Albo niesamowite, przekrwione, martwe oko aktora z którym miałem powiedzieć dwa, może trzy zdania. Teraz sobie przypominam, że prosił mnie bym podchodził do niego od strony zdrowego oka, to wtedy mnie będzie widział i rozpocznie kwestię. To było w jakimś pociągu, On konduktor, ja w wojskowym mundurze. Tak, przypominam sobie, że cieszyliśmy się, że założyliśmy kalesony bo sukienne portki bardzo gryzły… no i jeszcze, że wódeczkę piliśmy – następna duperelka wyłania się z mroku niepamięci; o czym gaworzyliśmy racząc się okowitą w pustym przedziale czekając na swoje ujęcie – nie pomnę. Wódzia nazywała się „Stolicznaja” – to pamiętam. I jeszcze atmosferę tamtych zdjęć pamiętam, słoneczko zza brudnych szyb, przesuwający się sielski krajobraz, rozleniwiający stukot kół…. a przecież, kurwa mać, jechaliśmy na wojnę! Jakaś krótka scena, w jakimś polskim filmie – ożywająca na martwej celuloidowej taśmie. Aktor już dawno nie żyje… żyje w zarejestrowanej scenie filmu. A w pamięć zapada postać konduktora z niesamowitym, martwym okiem. Zaraz, jak On się nazywał? Mariusz Gorczyński………………………………. Sprawdziłem w internecie.
Taaak, aktor filmowy jest śmiertelny – sztuka filmowa zaś nie… czasem jakaś duperela, szczegół epizodu filmowego też staje się nieśmiertelny…. i niekoniecznie jest to nazwisko Aktora.
(fot. z archiwum Zdzisława Bene Rychtera)