Zdzisław Szymborski

ZDZISŁAW SZYMBORSKI
wypowiedź z 02.03.2012 (restauracja „Serafino” przy Domu Pielgrzyma „Amicus”, Warszawa)

 

Aktor. Wystąpił z Mariuszem Gorczyńskim w filmach „Polonia Restituta” (1980), „Zamach stanu” (1980). W latach 1974 – 1979 był Jego kolegą w zespole Teatru Syrena. Pracował jako drugi reżyser przy serialu „Zmiennicy” z udziałem Mariusza Gorczyńskiego.

 

Mariusz Gorczyński był – jak to się mówi – aktorem drugiego planu, umiał natomiast z tych swoich „drugich planów” robić najprawdziwsze perełki. Znaliśmy się od dawna, ale nasze spotkania na początku były „dorywcze”, gdzieś na planach filmowych, natomiast kiedy Mariusz zaangażował się do Teatru Syrena, gdzie ja już byłem wówczas kilka lat, to zaczęliśmy ze sobą pracować na co dzień. Mariusz, co zapamiętałem, wyszedł ze znakomitego rocznika łódzkiej szkoły aktorskiej, kończył studia z takimi sławami, jak Andrzej Kopiczyński, Leonard Pietraszak, czy Teresa Lipowska, a to są przecież wszystko do dziś znani, znakomici aktorzy. Mariusz bardzo szybko zaskarbił sobie w zespole teatru bardzo wielką sympatię jako człowiek, ale także doczekał się opinii doskonałego aktora właśnie drugoplanowego, epizodycznego, a to naprawdę wymaga talentu, trzeba umieć zamknąć w krótkim wejściu całość roli, choć przecież zdarzyła mu się i rola główna, nawet tytułowa, w „Meksykaninie” Jacka Londona, wystawionym w Teatrze Telewizji, gdzie fenomenalnie grał tego meksykańskiego boksera. Co znamienne – często gdy aktor gra boksera, tak jak na przykład Daniel Olbrychski i Janek Englert grali w filmie Dziedziny „Bokser”, to widać, że aktor tylko gra, że w scenach walki zastępuje go dubler, prawdziwy bokser. Tymczasem Gorczyński boksował w tym spektaklu naprawdę, widziało się na ekranie nie tylko talent, aktorstwo, ale także czuło się, jakby ten aktor naprawdę był sportowcem. To bardzo rzadkie. Mariusz był twórczy, co widziałem współpracując z Nim przy „Zmiennikach” Staszka Barei. Opowiadano mi, bo akurat nie było mnie na planie podczas kręcenia tej sceny, że właśnie Mariusz, a nie Bareja czy Janczarski, wymyślił ten gag z pijackim zakładaniem kurtki wokół słupa, co kończyło się dla granego przez Mariusza pijaczka „przywiązaniem się” do tegoż słupa. Zresztą Mariusz wymyślał takie rzeczy nie tylko przed kamerą. W serialu „Przygody psa Cywila” grał strażnika więziennego (Mariusza w ogóle „lubiły” różne mundury, on się w nich świetnie prezentował), a Krzysztof Świętochowski – więźnia. Zdjęcia powstawały w autentycznym więzieniu, przy Rakowieckiej. I obaj koledzy poszli do pobliskiej restauracji „Kameralna”, której oczywiście nie należy mylić ze słynną „Kameralną” przy ulicy Foksal, ta „Kameralna” była knajpką dla – nazwijmy to – „określonego elementu”. Obaj weszli – Gorczyński w mundurze strażnika, Świętochowski w więziennym stroju. W jednej sekundzie zrobiła się cisza, bo przecież więzień i strażnik razem w knajpie – rzecz nieprawdopodobna. „Siadać” – zakomenderował Mariusz. Usiedli. Zamawiał „więzień”. Wypili po wódeczce, zakąsili jakimś śledziem, czy ogórkiem. „Wystarczy?” – zapytał Mariusz tonem strażnika. „To wstać. Idziemy” – zakomenderował. Cała ta knajpka wyleciała na ulicę odprowadzić ich wzrokiem, jak szli Rakowiecką, by faktycznie, ku ostatecznemu zdumieniu „widowni” skręcić w bramę więzienia. Mariusz Gorczyński lubił wymyślać takie różne etiudy na planie, ale także właśnie poza kamerą. Wracając do Syreny – teatr miał w tamtych czasach taki zwyczaj, że parodiowaliśmy różne znane w Warszawie wydarzenia teatralne. Miasto odwiedził w owych latach teatr japoński, więc w jednym z naszych przedstawień było tak – otóż po antrakcie na bocznym krzesełku na widowni siedziała ładna, młoda dziewczyna. Kurtyna była zasunięta i nagle wyskakiwał na widownię Mariusz w kimonie, jako Japończyk, trzymał w dłoniach główkę kapusty i krzyczał do zdezorientowanej widowni, używając często sformułowania „taka kapucha”, co sprawiało wrażenie niby-japońszczyzny. W końcu wciskał któremuś z widzów tę kapustę i jego wzrok padał na ową dziewczynę. Konsternacja widowni rosła, gdy „Japończyk” dziko rzucał się na nią, a ona uciekała. W końcu Mariusz chwytał ją za końcówkę sukni, przytrzymywał, suknia zostawała w jego dłoniach, a dziewczyna, ku jeszcze większej konsternacji na sali, okazywała się całkiem naga. Oboje znikali za kulisami. Wtedy dopiero rozsuwała się kurtyna i ta naga dziewczyna zaczynała się na scenie ubierać, robiąc tym samym coś, co moglibyśmy nazwać „anty-striptizem”. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że to pokazuje, jak nietypowe i ciekawe zadania aktorskie dostawał Mariusz, z racji swojego talentu, sprawności i charakterystyczności. Szkoda, że niemal zawsze były to zadania tak maleńkie.

(fot. z archiwum Zdzisława Szymborskiego)