Józef Skwark

JÓZEF SKWARK
wypowiedź z 20.07.2022 (Instytut Teatralny, Warszawa)

 

Aktor. W latach 1957-58 był kolegą Mariusza Gorczyńskiego na Wydziale Aktorskim łódzkiej PWST.

 

            To taka szkolna tradycja, że studenci, którzy zdali egzamin wstępny i znaleźli się na pierwszym roku są w oczach studentów starszych, zwłaszcza z trzeciego i czwartego roku trochę jakby… adeptami, na których patrzy się na zasadzie „zdali, no to zdali, zobaczymy co z tego dalej będzie” i bywają obiektami żartów. Zwłaszcza że w szkole teatralnej nie brakowało bardzo dowcipnych ludzi. Mariusz Gorczyński był dla mnie kolegą z takiego właśnie starszego rocznika, z tym, że nie potrafię sobie już przypomnieć, czy w jakikolwiek sposób żartował sobie ze mnie, pierwszoroczniaka. Pamiętam jednak, że był w szkole postacią znaną i rozpoznawalną. Był bardzo przystojnym chłopakiem, o aparycji nieco orientalno-południowej, wyglądał trochę jak Włoch. Studiowaliśmy wszyscy w bardzo pięknej przestrzeni Pałacu Poznańskiego przy ulicy Gdańskiej w Łodzi, który to gmach miał swoje walory architektoniczne – ciekawe miejsca, interesujące zakątki. Gdy potem kiedyś zajrzałem do szkoły na Targową, bardzo mnie rozczarowała. Długi korytarz, boczne wejścia… Jak jakiś ogólniak. Szkołę teatralną mijałem codziennie w okresie chodzenia do Liceum im. Kopernika w Łodzi, bo była ona położona w połowie drogi między moim mieszkaniem przy ulicy Zielonej, a „Kopernikiem”. Była dla mnie miejscem niezwykle atrakcyjnym, można powiedzieć, wizualno-akustycznie. Gdy szedłem ulicą słyszałem jak ktoś się na głos uczy wiersza czy piosenki, w dużym ogrodzie szkoły studenci ćwiczyli sceny, albo fechtunek. Mariusz Gorczyński był ode mnie kilka lat wyżej, więc nie wykluczam, że i Jego nieraz widziałem w drodze na lekcje lub do domu. I to właśnie te wrażenia, ten pewien rodzaj luzu, wolności, który czułem ze strony szkoły teatralnej, widok ludzi, którzy żyją jak gdyby w innym świecie sprawiły, że postanowiłem tam zdawać, bo wcześniej, choć bywałem z mamą na wspaniałych przedstawieniach w reżyserii samego Leona Schillera, np. na jego słynnych łódzkich „Krakowiakach i góralach”, w ogóle nie miałem myśli w rodzaju „o, to jest miejsce dla mnie, chciałbym być tam, na scenie”. Jako uczeń zresztą też nie miałem inklinacji do występowania z wierszami na jakichś apelach, czy akademiach. Wracając do Gorczyńskiego – mieliśmy nawet wobec Niego (mówię tu o chłopakach) pewne kompleksy, bo On szalenie łatwo podrywał koleżanki. Przychodziło Mu to bez trudu, bo jak mówiłem – miał ciekawą aparycję. Ale po ukończeniu szkoły – rozpierzchliśmy się wszyscy i znajomości nie przetrwały. Każdy chciał robić własną karierę, a to się wiąże z kolei z pewnym egocentryzmem. Choć w tamtych czasach wcale nie było to takie oczywiste. Nasi pedagodzy, jak np. bardzo ceniona Maria Kaniewska, u której zagrałem potem tytułową rolę w „Szatanie z siódmej klasy”, uczyli nas, że najważniejsza nie jest kariera, ale posłannictwo aktora, którego zadaniem jest iść na prowincję i tam nieść kaganek oświaty i szerzyć misję pokazywania ludziom prawdziwej sztuki teatralnej. Stąd też wielu z nas, po ukończeniu szkoły nawet nie myślało o Warszawie czy Krakowie. Było oczywiste, że idzie się „z misją” do teatrów prowincjonalnych, a za takie uchodziły wtedy teatry Poznania, czy Olsztyna. Przedwojenni aktorzy nauczali, że „kariera” to nie jest cel aktora. Cel – to warsztat, umiejętność, praca, a gdy tak będzie, to owa kariera „sama przyjdzie”. Miało to dobre i złe strony. Dobre – bo nauczono nas pewnej etyki pracy, a do tego pójście na prowincję oznaczało możliwość grania naprawdę świetnych ról. W Warszawie nie zagrałbym Romea. A w Poznaniu – zagrałem i to zaraz po dyplomie. Emil Chaberski, nasz pedagog ze szkoły, zabrał niemal cały rocznik – i to właśnie rocznik Gorczyńskiego – do Warszawy, gdy obejmował dyrekcję Teatru Klasycznego. Koledzy pojechali licząc na karierę w stolicy, a siedzieli tam grając małe role. Zresztą Chaberski był już wówczas w takim wieku, że, jak to się dziś mówi, „nie ogarniał”. Po prostu nie do końca wiedział kogo ma w teatrze. Opowiadano mi, że kiedyś, spotkawszy na korytarzu jednego z aktorów z tego rocznika zwrócił się nagle do niego słowami „Pan był moim studentem w Łodzi. Co pan teraz porabia w zawodzie?”, na co zagadnięty opowiedział zdumiony, że przecież trzeci sezon pracuje u Pana Dyrektora… Gorczyński dobrze wtedy zrobił, że został w Łodzi i nie pojechał do Chaberskiego. Ale te „przedwojenne” standardy miały i złą stronę – bo jednak kończyliśmy szkołę mocno zakompleksieni, no a w dzisiejszym świecie nauki typu „jak jesteś zdolny to kariera sama przyjdzie” są oczywiście kompletnie już nieaktualne. Kończąc powiem jeszcze, że przecież moi rodzice mieszkali wciąż w Łodzi, więc często do nich przyjeżdżałem. Mam wrażenie, że w tym czasie kilkakrotnie spotkałem się z Gorczyńskim, ale już nie pamiętam, czy w jakiejś kawiarni, w gronie kolegów, czy przypadkowo na ulicy. Bo to, że kiedyś w szkole ja byłem pierwszoroczniakiem, a On starszym studentem nie miało już wtedy znaczenia. To był otwarty człowiek i sympatyczny kolega.
(fot. Rafał Dajbor)