Małgorzata i Marcin Szewczykowie

MAŁGORZATA I MARCIN SZEWCZYKOWIE
wypowiedź z 12.10.2023 (Łódź)
 

Małgorzata Szewczyk – artystka-plastyczka, żona aktora Michała Szewczyka. Marcin Szewczyk – radiowiec, DJ, aktor dziecięcy, syn aktora Michała Szewczyka

 

MAŁGORZATA SZEWCZYK:

            Mieszkałam z moją mamą, Haliną Lachowicz, która pracowała w filmie w pionie reżyserskim, i z moją babunią w mieszkaniu przy ul. Gdańskiej 21, a szkoła aktorska mieściła się przy Gdańskiej 32. Czyli tuż obok. Bardzo wcześnie poznałam mojego męża, Michała Szewczyka – byłam jeszcze w liceum, a Michał na drugim roku Wydziału Aktorskiego. Przeżyliśmy razem 62 lata, ale to oczywiście dygresja. Do naszego domu przychodził niemal cały rocznik męża z uczelni – Andrzej Jędrzejewski, Andrzej Kopiczyński, Edzio Wieczorkiewicz i także Mariusz Gorczyński, z którym Michał bardzo się zaprzyjaźnił. Nieco z boku trzymali się Marian Pysznik i Helka Norowicz, a także Jadzia Barańska. Mój mąż często, jeszcze w czasie studiów, mówił mi o Mariuszu: „Słuchaj, jaki to jest świetny aktor, wszyscy grają lepiej albo gorzej, ale to jest urodzony aktor. On chyba niepotrzebnie studiuje aktorstwo, on już jest gotowy”. Jak wspominałam w naszym mieszkaniu gromadził się cały rok Michała, wszyscy bardzo lubili się z moją mamą, która jak na tamte czasy była kobietą bardzo nowoczesną, dziś powiedzielibyśmy – feministką, ale przychodzili tak chętnie także ze względu na moją babunię, która fantastycznie wręcz gotowała i karmiła ich wszystkich. Mariusz zwracał się do kobiet per „starenia”, wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to powiedzenie Zbyszka Cybulskiego, od którego zapewne Mariusz to wziął. Któregoś dnia Mariusz bardzo kulturalnie spytał mnie, czy może przyjść z dziewczyną. Powiedziałam, że oczywiście, koledzy męża od jakiegoś czasu przychodzili do nas ze swoimi sympatiami, dom był przecież otwarty. Mariusz przyszedł więc z dziewczyną – bardzo ładną, młodą, z zawodu nauczycielką. Ubraną w skórzaną sukienkę z krótkim rękawem, z zamkiem błyskawicznym od dołu do samej góry, w kolorze beżowym, z ciapkami a la tygrysek. I od tej pory w gronie przyjaciół kolejne dziewczyny Mariusza nazywane były „skórami”, a i sam Mariusz także zaczął je tak nazywać. Mówiło się „U Mariusza wszystko w porządku, nie jest sam, ma skórę”. A wzięło się to właśnie od stroju tej pierwszej dziewczyny, z którą do nas przyszedł. Powiem jeszcze, że na naszym ślubie z Michałem świadkiem był Andrzej Herder, a Mariusz robił nam zdjęcia. Przy swoim południowym typie urody ubrał się w biały garnitur co sprawiło, iż nasi goście orzekli, że wyglądał jak argentyński mafioso.

            Gdy Mariusz został aktorem Teatru 7.15 dostał w Łodzi przydział na mieszkanie na Teofilowie. Nigdy tam nie byliśmy, bo i Mariusz niechętnie tam bywał, ponieważ Mu się samemu po prostu nudziło, więc nocował albo u Andrzeja Herdera i Tereski Kałudy, albo u nas, choć na początku byliśmy z Michałem małżeństwem bez mieszkania. Opowiem tu o pewnej sytuacji, która kosztowała całą naszą grupę dużo nerwów. Któregoś dnia przychodzimy z Michałem do Andrzeja i Tereski, do ich wynajmowanego mieszkania przy Piotrkowskiej w starej, przedwojennej, kamienicy – z bardzo wysokimi mieszkaniami i z windą, czyli była to jak na przedwojenne standardy kamienica bardzo elegancka. Siedzimy, jest trochę wódeczki, gramy w karty, jest lato, okna otwarte, a podwórze wyłożone betonem. Każdy się bawi jak chce, jest muzyka, niektórzy coś sobie podtańcowują i w pewnym momencie Mariusz nam znika z oczu. I nagle widzimy, że On zwisa na parapecie od strony podwórka, na tym parapecie stoi butelka z wódką i kieliszek, Mariusz jedną ręką trzyma się parapetu, drugą nalewa i pije. Wytrzeźwieliśmy w jednej chwili, a Andrzej i Michał zręcznie i sprawnie podbiegli i Go wciągnęli do środka. Mariusz uniknął wtedy dostania w dziób, choć panowie mieli na to ogromną ochotę. Bo gdyby to się skończyło inaczej, to… dziękuję bardzo za taką zabawę. Do dziś jestem w stanie opowiedzieć to ze szczegółami, Michał też to przez wiele lat opowiadał. Tak to zapamiętaliśmy, taki był to dla nas szok. A Mariusz… Wydaje się, że uważał to za coś naprawdę zabawnego.

            Ostatni raz spotkałam się z Mariuszem w łódzkim SPATiF-ie. Był Andrzej Jędrzejewski, przyjechał Edek Wieczorkiewicz, który pracował już wtedy w Warszawie, był też mój mąż. Było to po jakimś spektaklu. Przyszedł Mariusz. Widziałam, że jest trochę smutny. Powiedział do mnie wtedy „Słuchaj starenia, wyjdź ze mną na chwilę na Piotrkowską, chciałbym z tobą porozmawiać”. Zobaczyłam, że jest już po kilku wódkach. Żeby było jasne – wiedziałam, że nie grozi mi ze strony Mariusza nic niebezpiecznego, bardzo Go lubiłam, ale… Odmówiłam. Żebyśmy jeszcze mieli wyjść we troje z moim mężem, ale Michał był wtedy gdzieś przy barze. Nie miałam ochoty wyjść i rozmawiać podpitym facetem, nawet jeśli to był taki dobry kumpel jak Mariusz. I to było moje ostatnie z Nim spotkanie. Wiedziałam potem, że jest z Nim coraz gorzej, że z powodu alkoholu zdarzało mu się być niesolidnym podczas pracy w Zespole Eskadra, w którym pracował z Edkiem Wieczorkiewiczem i Marianem Pysznikiem. Na koniec powiem, że moja mama także bardzo Mariusza ceniła, uważała za świetnego aktora. Gdy kręcili „Westerplatte” Stanisława Różewicza przyjechałam nawet na plan do Rembertowa, ale Mariusza już wtedy nie spotkałam, natomiast mama mówiła, że jest znakomity jak zawsze, tylko… trzeba Go już trochę pilnować. Wiem od mamy, że i pan Stanisław Różewicz bardzo Mariusza poważał i cenił, a to coś znaczy, bo na aktorach pan Stanisław znał się doskonale.

 

MARCIN SZEWCZYK:

            Urodziłem się w 1967 roku, więc nie miałem okazji poznać Mariusza Gorczyńskiego jako kolegi mojego taty, bo gdy dorastałem Gorczyński pracował już w Warszawie, a potem przedwcześnie zmarł. Ale pamiętam, że gdy oglądaliśmy z tatą czy to „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, czy „07 zgłoś się”, czy w ogóle jakikolwiek film, w którym grał Mariusz Gorczyński – tata za każdym razem zwracał na Niego uwagę, wspominał Go bardzo ciepło i zawsze mówił z żalem, że życie Mariusza tak się przez alkohol fatalnie potoczyło. Podkreślał, że był to wspaniały aktor i jego przyjaciel. Przyjaźń taty z Mariuszem Gorczyńskim wynikała z tego, że już w szkole poczuli, że mają podobną wrażliwość, podobne spojrzenie na świat i nie zazdrościli sobie ról, przeciwnie, każdy cieszył się z roli tego drugiego. Myślę, że przyjaźń taty z Mariuszem Gorczyńskim także świadczyła, że Gorczyński był dobry w swoim zawodzie, bo tata nie lubił się przyjaźnić ze słabymi aktorami. Nie chciał przeżywać sytuacji, w których musiałby swojemu kumplowi albo kłamać, albo szczerze mówić, że gra źle, albo że w ogóle nie nadaje się do zawodu.

(fot. Rafał Dajbor)