Ryszard Szadaj

RYSZARD SZADAJ
wypowiedź z 22.01.2018 (kawiarnia „Otwarta”, Warszawa)  

 

Aktor. Był kolegą Mariusza Gorczyńskiego na wydziale aktorskim łódzkiej PWST.

 

            Na wydziale aktorskim łódzkiej szkoły teatralnej studiowałem z Mariuszem Gorczyńskim w latach 1954-56, potem bowiem odszedłem ze szkoły, zdałem egzamin eksternistyczny i tak się ułożyło, że później nie miałem już okazji z Nim pracować. Jednak przez dwa wspólnie przestudiowane lata zdążyliśmy się bardzo dobrze poznać i zżyć, zwłaszcza, że spędzaliśmy ze sobą na dobrą sprawę dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jak nie na zajęciach, to w akademiku. Szkoła aktorska znajdowała się przy ul. Gdańskiej i była na dole budynku, nad nami zaś, na górze mieściła się szkoła muzyczna, która teraz zajmuje cały ten budynek. Akademik zaś był osobnym, stojącym w podwórzu budyneczkiem i jak pamiętam służył tylko naszej uczelni, a studenci szkoły muzycznej mieszkali gdzie indziej. Mariusz był szalenie wesoły i żywiołowy, bardzo dowcipny. Wszyscy byliśmy wtedy skłonni do żartów, ale powiedziałbym wręcz, że w tej dziedzinie Mariusz wyprzedzał nas o pół kroku. Zapamiętałem Mariusza szczególnie z pewnej sytuacji, która wynikała z faktu, że mieszkając w akademiku wszyscy tęskniliśmy za normalnym, rodzinnym domem. Miałem w Łodzi kuzynkę do której czasem zaglądałem. Któregoś dnia Mariusz wybrał się ze mną na wizytę do niej i pamiętam, że był wręcz zauroczony, zachwycony jej mieszkaniem i domową atmosferą. Mnie zresztą towarzyszyły te same uczucia. Mariusz był także jedną z najważniejszych postaci kabaretu, który stworzyliśmy z kolegami. Kabaretu Czerwony Wąż, którego działalność była o tyle charakterystyczna, że nigdy nie nabrała wymiaru publicznego. Nigdy nie daliśmy żadnego pokazu, czy to prywatnego, czy zamkniętego. Była to nasza własna inicjatywa, stworzona dla studenckiej zabawy, nie obciążona więc koniecznością poddawania się cenzurze (stąd też niektóre teksty bywały niecenzuralne) zaś widzami byli wyłącznie inni mieszkańcy akademika. Mieliśmy jednak nawet swoje hasło, które brzmiało: „Wąż czerwony będzie kusił pełen blasku oraz wdzięku, żeby nikt nam nie zarzucił braku linii i wydźwięku”. Była to oczywiście drwina z ówczesnej komunistycznej nowomowy, w której tak ważne było trzymanie odpowiedniej „linii”. Pamiętam też, że całą naszą grupą statystowaliśmy w wystawionej przez Kazimierza Dejmka w Teatrze Nowym w Łodzi „Nocy listopadowej”. To było naprawdę statystowanie, a nie granie ról, choć mieliśmy na sobie piękne mundury, wspaniałe czapki i długie bagnety. Nasze zadanie polegało na tym, by w odpowiednim momencie paść jako zabici na scenę ustawioną w kształcie schodów. Raz zdarzyło mi się, że gdy przyjechałem na spektakl prosto z podróży od rodziców, spod Sandomierza, byłem tak zmęczony, że natychmiast po padnięciu – zasnąłem. Gdy otworzyłem oczy zobaczyłem tyle świateł, że przez ułamek sekundy poraziła mnie myśl, że umarłem i jestem w niebie. Na szczęście w następnym ułamku sekundy uświadomiłem sobie, że jestem na scenie, a na widowni siedzi 400 osób i błyskawicznie wziąłem się w garść. Nie pamiętam, czy w naszej statystującej masie chłopaków był także Mariusz Gorczyński, ale jestem właściwie pewien, że tak, bo jak pamiętam naprawdę wszyscy braliśmy w tym udział i nie widzę powodu, dla którego Mariusza miałoby tam zabraknąć. I to tyle, co mam do powiedzenia o tym naprawdę bardzo, bardzo fajnym koledze.
(fot. Rafał Dajbor)